Anna Kulec - Karampotis
WULKAN NIESPOŻYTEJ ENERGII
Atrakcyjna, wysoka blondynka z niesamowitym poczuciem humoru. Niezwykle kreatywna, ambitna i pełna energii emanuje swoim optymizmem i otwartością. Srebrna medalistka konkursu DANTS CONTEST 6 w Yokohamie sprzed trzech lat. Zaraziła swój zespół entuzjazmem w przygotowaniach do tego wydarzenia i w rezultacie przez kolejne dwa lata przywoziła do Polski złoty medal.
Prywatnie – żona i mama, zawodowo – dyrektor artystyczny i właścicielka siedemdziesięciu salonów Trendy Hair Fashion.
Ania Kulec – Karampotis.
Będąc dzieckiem marzyłaś o fryzjerstwie?
Miałam milion pomysłów, a o tym zawodzie nawet nie myślałam, pomimo tego, że moja mama jest fryzjerką. Byłam bardzo niezdecydowana - w ósmej klasie szkoły podstawowej co tydzień przynosiłam nowe pomysły do domu. Były niesamowite! Pewnego razu uparłam się, żeby pójść do szkoły ogrodniczej. Mama była bardzo zdziwiona, bo nie przejawiałam żadnych zainteresowań w tym kierunku. Poszłyśmy do szkoły dowiadywać się jakie są warunki przyjęcia i okazało się, że trzeba mieć własne grunty rolne. Moja babcia miała rekreacyjną działkę, ale ona się nie zaliczała do wymogów szkoły.
Przez cały czas mama nie dawała za wygraną i drążyła o co chodzi z tym moim pomysłem na ogrodnictwo. Niedługo później okazało się, że podobały mi się spodnie ogrodniczki – były takie modne! Mama powiedziała z politowaniem w głosie: „Dziecko, ja Ci takie spodnie uszyję…”. Kupiła mi materiał w peweksie, uszyła spodnie i pomysł z ogrodnictwem się skończył (śmiech).
W jaki sposób wybór padł na fryzjerstwo?
Następna masa pomysłów, które przynosiłam do domu sprawiły, że mama w końcu zaproponowała mi ten zawód. Ale ponieważ jest fryzjerką męską, powiedziałam, że absolutnie się nie zgadzam, bo wstydzę się
zamiatać włosy w obecności mężczyzn. Mama starała się rozwiązać problem i przekonała mnie, że żadna praca nie hańbi. Pomyślałam więc, że jeżeli muszę zamiatać to wolę sprzątać przez kobietami.
Mimo wszystko nie byłam zdecydowana. Czas mnie gonił, trzeba było składać dokumenty, pomysłów nadal miałam tysiąc sto, więc udałyśmy się po pomoc do psychologa.
Po kilkugodzinnej wizycie u specjalisty i wielu testach, psycholog stwierdził, że nie ma się nad czym zastanawiać, mam wyjątkowe zdolności manualne i fryzjerstwo powinno się okazać dla mnie najlepszym rozwiązaniem.
Zaczęłam więc praktyczną naukę zawodu w dziale damskim i spodobało mi się tam tak bardzo już od pierwszego dnia, że chciałam spędzać w salonie całe dnie. Miałam być osiem godzin dziennie, a siedziałam po dziesięć. Wiedziałam, że to jest to! Jest to zasługa mojej mamy, która tak pokierowała moim życiem. Dzisiaj myślę, że była to świetna decyzja.
Wybór szkół fryzjerskich był wtedy bardzo mały…
Niestety, a ja bardzo chciałam iść do szkoły średniej, po której mogłabym zdać maturę. Wtedy to nie było możliwe. Nigdzie takiej szkoły nie mogłam znaleźć. A ponieważ jestem osobą upartą, która zawsze dąży celu, zdesperowana zadzwoniłam do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jak dziś pamiętam ten głos w słuchawce, który mnie wyśmiał: „A czego ty byś się chciała tam dziecko uczyć? Rozszczepiania włosa na czworo?”. A ja na to:” No chociażby!”. W tym czasie okazało się, że pierwsze takie technikum zaoczne powstanie w Gdańsku. Oczywiście zapisałam się do niego. Mama była przerażona: „Dziecko, jak ty będziesz do tego Gdańska na weekendy dojeżdżała z Bielska?”. Tymczasem ja załatwiłam sobie tam kwaterę i wszystkie formalności. Po pierwszym zjeździe we wrześniu okazało się, że otworzyli takie samo technikum w Katowicach. Przeniosłam się więc do Katowic.
Jako inteligentna osoba nie czułaś się źle w szkole zawodowej?
Bardzo źle się czułam i to był główny powód, dla którego nie chciałam do tej szkoły pójść. Od początku byłam negatywnie nastawiona, ale była to wówczas jedyna możliwość aby móc zajmować się w przyszłości fryzjerstwem zawodowo. Na szczęście to się bardzo zmieniło w dzisiejszych czasach – ludzie po studiach przychodzą do mnie i uczą się zawodu fryzjerskiego, szkoła nie jest warunkiem niezbędnym. Do dziś jest taka opinia, że jeśli ktoś się źle uczy, to powinien pójść do szkoły fryzjerskiej. My w tej chwili zanim przyjmiemy kogoś do pracy, sprawdzamy świadectwa, i osób ze średnia niższą niż 4,0 raczej nie zatrudniamy. Chcemy tę złą opinię zmieniać.
Pamiętasz swój pierwszy ważny konkurs?
Kiedy miałam siedemnaście lat, mama, która bardzo wierzyła w mój talent, wysłała mnie na Młodzieżowy Ogólnopolski Konkurs Młodych Talentów do Poznania. Udało mi się zdobyć pierwsze miejsce.
A który konkurs przyniósł Ci najwięcej satysfakcji?
Najwięcej satysfakcji przyniósł i przynosi mi nadal konkurs, w którym startujemy od trzech lat w Tokio. Przez ostatnie dwa lata udało nam się przywieźć złoty medal. To wydarzenie stanowi dla mnie niesamowitą kopalnię pomysłów i źródło inspiracji, ponieważ Japończycy są perfekcyjnym narodem. Co roku występuje tam 1200 osób, a mi cały czas głowa chodzi dookoła, żeby podpatrywać jak oni pracują.
O prestiżu konkursu może stanowić fakt, że dla Japończyków sam start to szczyt marzeń.
Jak wyglądała Twoja pierwsza przygoda z pracą?
Zaczęłam ją bardzo wcześnie, a wiąże się to z tym, że do szkoły podstawowej zostałam wysłana w wieku sześciu lat. Ponieważ wtedy szkoły zawodowe trwały dwa lata, podczas gdy ja skończyłam szkołę zawodową, moi rówieśnicy byli po pierwszej klasie szkoły średniej. A ja już zaczynałam pracować.
W latach osiemdziesiątych 95% salonów to były zakłady państwowe. Było dosyć ciężko, ale ponieważ mama miała ugruntowaną pozycję na tym rynku udało mi się zacząć pracę w zrzeszonym salonie w spółdzielni fryzjerów w Bielsku – Białej. Pracowałam tam dwa lata.
Nie bałaś się strzyc swoich pierwszych klientek?
Nie – ja się nigdy nie boję (śmiech). Robiłam to zawsze z ogromną pasją,. Moje pierwsze klientki do dzisiaj są naszymi klientkami, razem mamy już bardzo długi staż.
Jako szesnastolatka pracowałaś już w zawodzie – czułaś się spełniona?
Niezupełnie. Od początku wiedziałam, że muszę mieć coś swojego, posiadać grupę fajnych fryzjerów, ale to było wtedy abstrakcyjne i niemożliwe. W tamtych czasach nie można było nawet wynająć lokalu. Barierą były też finanse – jako siedemnastolatka nie dysponowałam w żadnym stopniu dużą gotówką. Zaczęłam więc wykorzystywać swój dwutygodniowy urlop wakacyjny wyjeżdżając na saksy do Niemiec – imałam się różnych zajęć – sprzątałam, pielęgnowałam ogrody. Różnice w płacach były ogromne – przez dwa tygodnie potrafiłam zarobić na samochód w Polsce. . .
Wyjazdy do Niemiec pomogły Ci w zrealizowaniu marzeń?
Bardzo dziwnymi sposobami weszłam w spółkę ze sklepem jarzynowym (śmiech), który później udało mi się przekształcić w salon fryzjerski. Po jakimś czasie dzięki tym wyjazdom i dzięki kredytowi udało mi się swój pierwszy salonik otworzyć. Był on w Bielsku-Białej furorą, bo kilka prywatnych, które istniały, były salonami od pokoleń. Miałam osiemnaście lat, swój salon, pierwszych uczniów i masę świeżych spostrzeżeń. Byłam awangardowa, szybko stworzyłam młody, fajny zespół, mieliśmy tyle klientów, że zapisywano się do nas dwa miesiące wcześniej. Salon był malutki, miał zaledwie 20 m2. Do dziś czuję do niego ogromny sentyment.
Czy za granicą nigdy Ci się nie udało pracować w zawodzie?
Na saksach w Niemczech nie było takiej możliwości. Miałam zaprzyjaźnione salony, potrafiłam wchodzić przedstawiać się i zaczynać rozmowę. Mogłam w ten sposób podglądać jak pracują i… wynosiłam stamtąd dużo pomysłów.
Dlaczego zostawiłaś swój salon w Polsce i wyjechałaś do Stanów?
Po dwóch latach pracy tutaj zaczęłam się dusić – przeszkadzało mi to, że salon mały, a ja nie mogę się dalej rozwijać. W tym czasie czytałam humorystyczną książkę „Moja ciotka z Ameryki”, która opowiadała o życiu Polaków w Stanach. Ta lektura bardzo zainspirowała mnie do tego, żeby tam pojechać. Wtedy było to prawie tak możliwe jak wycieczka w kosmos. Więc pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do autorki tej książki, odszukałam ją w Warszawie i pojechałam aby z nią porozmawiać. Przyjęła mnie bardzo miło i… namówiła do wyjazdu.
Zaczęłam się zastanawiać, czy mam tam kogoś znajomego. „Odgrzebałam” znajomą swoich rodziców, zadzwoniłam do niej, zapytałam o możliwości znalezienia pracy. Interesowała mnie tylko praca w salonie fryzjerskim, innej możliwości nie brałam pod uwagę. Mocno ograniczała mi możliwości znajomość angielskiego, która była na poziomie niemalże zerowym. Ale ja byłam tak zdesperowana i przekonana, że chcę tam pojechać, żeby zobaczyć jak tam wygląda praca, żeby się czegoś nowego nauczyć i przy okazji poznać lepiej język.
Jak na ten pomysł zareagowali Twoi bliscy?
Moja mama, która bardzo nie chciała, żebym wyjeżdżała, podchodziła do tego bardzo sceptycznie, przekonywała mnie, że nie dostanę wizy. Miałam tu swój salon, swoich klientów, niezłe dochody i pchałam się w nieznane, na drugi koniec świata, mając niespełna dwadzieścia lat.
Pojechałam do konsulatu do Krakowa i chociaż uzyskanie wizy pod koniec lat osiemdziesiątych graniczyło z cudem, kiedy zobaczyłam konsula od razu wiedziałam, że ją uzyskam. Mama się chyba trochę załamała.
W Nowym Yorku było ciężko ze znalezieniem pracy?
Wyjeżdżając do Stanów, pomimo tego, ze nie znałam języka, miałam niemałe aspiracje. Oprócz tego, że wiedziałam, że chcę pracować w salonie, to dodatkowo miał być to nie byle jaki salon. Zależało mi na prestiżowym miejscu. Znajoma mamy, u której mieszkałam, znalazła mi ogłoszenie. Właścicielka salonu na Manhattanie szukała fryzjerki. Była Polką, zadzwoniłam do niej, zaprosiła mnie na dzień próbny – miałam przyjść i ostrzyc kogoś, później miałyśmy porozmawiać o szczegółach. Na koniec zapytała mnie jak mój angielski, a ja miałam taki tupet, że odparłam z przekonaniem w głosie: „Super!” (śmiech). Jeśli przyznałabym, że nie znam, to w ogóle by mnie nie zaprosiła, a tak liczyłam w jakimś stopniu, że problem znajomości języka nie jest wcale wielkim problemem.
Poszłam więc na ten dzień próbny. Na samym początku przed strzyżeniem właścicielka salonu poprosiła mnie, żebym konwersowała po angielsku z klientką, którą strzygę. Sprytnie udało mi się zagadywać moją przyszła pracodawczynię, rozmawiałyśmy o Polsce, obyczajach, moim salonie. W tym czasie ostrzygłam panią, nie zamieniając z nią ani jednego słowa w obcym języku. Przyszła szefowa była zachwycona rezultatem mojej pracy, powiedziała, że bardzo jej też odpowiada to, że jestem taka kontaktowa. Ale w pewnym momencie stwierdziła: „Słuchaj, musimy przejść teraz na angielski, bo wszystko jest super, tylko nie wiem jak rozmawiasz”. Zaczęłam się wykręcać mówiąc, że tak od razu będzie mi ciężko, bo uczyłam się języka dawno temu w szkole, nie miałam okazji rozmawiać w salonie. Czuła, że coś kombinuję, ale polubiła mnie. Dała jednak do zrozumienia, że przeciętna znajomość języka jest niewystarczająca, bo klientki są bardzo wymagające. Obiecałam, że zapiszę się do szkoły i błyskawicznie nauczę się angielskiego. Postanowiłyśmy, że przyjdę na próbny tydzień i zobaczymy jak sobie poradzę.




