Zaloguj się!

Twój e-mail:
Twoje hasło:
Zapamiętaj mnie
przypomnij hasło
baner

Leszek Czajka

NASTĘPNY, PROSZĘ...!


O swoich góralskich genach, niespożytej energii, perfekcjonizmie, i największej życiowej pasji - wykonywanej pracy - opowiada Leszek Czajka, ambasador Loreal Professional, najpopularniejszy polski fryzjer. 


Zapewne często dostajesz propozycje udzielania wywiadów lub udziału w programach telewizyjnych? Nie jesteś tym jeszcze zmęczony?


Rzeczywiście. Bardzo często jestem zapraszany do różnego rodzaju projektów telewizyjnych. Staram się jednak przyjmować tylko te, w których traktowany jestem jako ekspert.  Media są bardzo ważnym elementem mojej pracy. Chętnie przedstawiam w nich najnowsze trendy we fryzjerstwie, rozmawiam o nowych technikach. Jest to jednak jedyna forma, w jakiej można zobaczyć mnie na antenie. Decydując się na wykonywanie zawodu fryzjera świadomie godziłem się na pozostawanie w tle. Często powtarzam, że fryzjer to czasami zawód nawet nie drugo, a trzecioplanowy. 


Czy w Twojej rodzinie są jacyś fryzjerzy?


Jestem pierwszym i jak dotąd jedynym fryzjerem w mojej rodzinie. Myślę, że prawdziwe fryzjerstwo to nie profesja, której można się nauczyć, a raczej sztuka i wyczucie, z którym trzeba się urodzić.  Początki oczywiście były bardzo trudne. Kiedyś bycie fryzjerem nie było powodem do dumy. I dziś zawód fryzjera jest postrzegany bardzo różnie. A przecież prawdziwy fryzjer to artysta - taki sam jak projektant odzieży czy biżuterii. Wkraczamy jednak w czas, kiedy zawód fryzjera zaczyna nabierać na wartości. Dlatego też tak wiele wysiłku wkładam w to, by zawód ten kojarzył się z profesjonalizmem i uprawiany był na najwyższym poziomie.


Skoro jako pierwszy w rodzinie zapoczątkowałeś uprawianie tego zawodu, najtrudniejszy był chyba debiut?


Nigdy tego tak nie postrzegałem. Ciężko eksperymenty na głowie babci, strzyżenie koleżanek ze szkoły nazwać debiutem. Wtedy zupełnie nie miałem pojęcia o tym fachu i robiłem to „ot tak”. Ale nawet bez grama doświadczenia musiałem radzić sobie nieźle, bo grono „wielbicielek" mojego ówczesnego talentu się poszerzało (śmiech).  


Szybko jednak koleżanki ze szkolnej ławki zostały zastąpione przez gwiazdy, ludzi świata mody i biznesu. 


To wynik pasji, z jaką podchodzę do zawodu i przekonania, że jestem na właściwej drodze, połączony z odrobiną szczęścia i masą pokory. I tego, by każda osobę, która liczy na twoją pomoc traktować jak partnera, a nie tylko jak klienta z gatunku „następny, proszę". Widocznie udało mi się pomóc im znaleźć same siebie. Być może trafiłem w ich gusta, estetykę i wnętrze. 


Jaka wobec tego jest estetyka Leszka Czajki?


Piękno tkwi w prostocie. Moja filozofią jest upiększanie ludzi, czyli... mierzenie się z naturą. Zawsze patrzę na ludzi w taki sposób, aby mi się podobali. Staram się przygotować kolor, w którym danej osobie będzie jak najlepiej. I w większości przypadków jest on bardzo zbliżony do naturalnego. Nigdy nie szukam udziwnień. Być może to banalne stwierdzenie, ale właśnie natura tworzy rzeczy najpiękniejsze. 


Zmieńmy trochę temat. Powiedz, jakie wydarzenie uważasz za przełomowe w swojej karierze zawodowej. 


Myślę, że to były trzy różne sprawy, które spotkały się niemal w tym samym momencie. Najważniejszą było otwarcie mojego pierwszego warszawskiego salonu na Nowogrodzkiej. Mówiono o nim bardzo dużo i bardzo dobrze. Był to bodaj pierwszy salon w kraju, który miał piękne jasne wnętrza - fotele, podłogi, meble.  Profesjonalny warsztat i ciężka praca sprawiły, że mój salon zaczęły odwiedzać gwiazdy.  Nie bez znaczenia była także praca dla programu „Idol", która zapoczątkowała moją współpracę z telewizją.


Poczułeś się wtedy spełniony?  


Raczej postawiony przed nowymi wyzwaniami. Dostawałem coraz więcej propozycji, zacząłem pracować przy innych realizacjach telewizyjnych. Stałem się ekspertem od tzw. dużych projektów. Czasem śmieję się, że zestarzeje się razem z tymi programami, bo przy produkcji „Tańca z gwiazdami" pracuję już trzy lata. Swoją drogą - jestem szczęściarzem - robię dokładnie to, co kocham! 


Żeby wykonywać zawód fryzjera trzeba cały czas w siebie inwestować. Odbywałeś szkolenia w Paryżu i Londynie, jesteś pierwszym polskim ambasadorem Loreal Professionell. Zainwestowałeś w siebie bardzo dużo. Wydaje się, że więcej nie można... 


Mój mistrz Jacques Alexandre podczas jednego ze szkoleń powiedział: „Pamietaj, że jeśli stwierdzisz, że już wszystko umiesz, to jest po Tobie. To jest początek Twojego końca". Dokładnie zapamiętałem te słowa. Ciągle mam niedosyt, zawsze mówię, że mógłbym zrobić to lepiej.

A jeśli chodzi o inwestycje finansowe - ludzie często mnie pytają czy będę otwierał kolejne salony. Nigdy się nie zarzekam, ale na razie twierdzę, że nie. Nie idę w ilość, ale w jakość. Chciałbym, aby każdy, kto przekracza próg mojego salonu miał zapewnioną usługę na najwyższym poziomie.


Czym kierujesz się przyjmując do pracy nowych ludzi? 


Jest bardzo wielu młodych i zdolnych fryzjerów. Mam duże szczęście do ciekawych ludzi, którzy nie zawsze są z wykształcenia fryzjerami, ale pasjonują się tym zawodem. Zawsze powtarzałem, że najważniejsza jest pasja. Jeśli zobaczę ją w kimś - to mu pomogę, jeżeli będzie trzeba zainwestować w taką osobę, zrobię to. W ten sposób do moich salonów trafiła większość pracujących w nich fryzjerów.


Czy jako szef jesteś bardzo wymagający? 


Bardzo, bo też wiele wymagam od siebie. Nie uznaję zasady, że mam oczekiwania a sam nie zrobię nic, by im sprostać. Przede wszystkim sam musze pokazać, że zadanie jest wykonalne i dopiero wtedy mówię: „Teraz wasza kolej".


Fora internetowe aż huczą od dyskusji, czy u Leszka Czajki każdy może się ostrzyc. Umówić się nawet kilka miesięcy wcześniej, ale wcisnąć się między gwiazdy i zostać uczesanym. 


Oczywiście, że każdy może do mnie przyjść. Jedyna trudność to znalezienie wolnego terminu. Nie jest prawdą, że dzielę klientów na gwiazdy i resztę świata. Dlaczego? Bo uwielbiam wyzwania. Jeśli tylko mogę komuś pomóc w odmianie wizerunku, w poprawie samopoczucia...  


Pracujesz przy wielu projektach telewizyjnych, jesteś szefem i pracownikiem dwóch salonów, ambasadorem Loreal Professionel, znajdujesz wolny czas dla siebie? 


To prawda, mam podpisane kontrakty z trzema programami. W piątek z całą ekipą pracuję przy „Gwiazdy tańczą na lodzie" (TVP2), w sobotę „Jak oni śpiewają"(Polsat), a w niedzielę przy „Tańcu z gwiazdami"(TVN). Wszystkie weekendy mam więc zajęte. Poza tym są jeszcze metamorfozy dla „Pytania na śniadanie", zobowiązania wobec L'Oreal i stała rubryka w „PANI".  Wszystkie te zajęcia muszę połączyć z rzeczą dla mnie najważniejszą: prowadzeniem i rozwijaniem moich dwóch salonów.  Czasami bywa tak, że nawet nie mogę pojechać w moje ukochane góry, na święta do rodziny. 


Cena sławy jest wysoka...


Nie pracuję dla sławy. Raczej z powodu pasji. I ciągłej potrzeby rozwijania się. Czasem sam się zastanawiam: „Chłopie skąd masz tyle siły". I odpowiedź może być tylko jedna - to moje góralskie geny. Wiele jest prawdy w twierdzeniu, że ludzie z gór mają niespożyte pokłady energii. 


Góralskie geny na pewno pomagają, ale czy masz jakieś swoje sposoby na ładowanie tej energii na co dzień? 


Wypracowałem sobie zdrowy styl życia. Już dawno temu rzuciłem palenie. Alkohol mógłby dla mnie nie istnieć.  Na stres dobrze robi mi siłownia - razem z potem wypływa stres i agresja. Jednak zawsze, gdy wpadam w taki wir pracy, jak teraz - nie mam na nic czasu. Miałem taki etap, że ćwiczyłem codziennie przez trzy miesiące - wstawałem o piątej rano, o wpół do szóstej już byłem na słowni, a ósmej zaczynałem pracę w salonie. Efekty były świetne, ale niestety organizm już tego nie wytrzymywał. Staram się dobrze odżywiać i odpoczywać. Na szczęście już nie cierpię na bezsenność, a miałem takie okresy w życiu, kiedy z przepracowania i stresu nie mogłem zasnąć. Jeśli gdzieś w Japonii leczy się pracoholików, to byłem chyba wymarzonym pacjentem na taką terapię. Szczęśliwie - ten etap już za mną.   


Nie miewasz czasem ochoty wyluzować się i zaszaleć na imprezie „do białego rana"? 


Móc a chcieć to dwie różne sprawy. Pytałaś mnie o cenę sukcesu - to chyba właśnie ona. Kiedy nie możesz znaleźć na nic czasu, ważne są priorytety. To kwestia odpowiedzialności - ona zawsze bierze górę. Zabawa do białego rana... tak, ale jak skoro następny dzień przywita mnie kilkunastoma godzinami pracy? 


A rodzina, przyjaciele? Znajdujesz dla nich czas? 


Moja rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Choć mieszkamy daleko od siebie staram się znaleźć dla nas czas. Oczywiście chciałbym go mieć więcej, bo brakuje mi naszych rozmów przy stole, widoku Giewontu, spokoju, którym tam oddycham.

Co do przyjaciół… Na wielu osobach, które kiedyś tak nazywałem - bardzo się zawiodłem. Dziś jestem ostrożny nazywając kogoś przyjacielem. Teraz są obok mnie dwie takie osoby. Wiem, że mogę na nie liczyć, bo nigdy mnie nie zawiodły. I wiem, że każdą przyjaźń - tak, jak miłość - trzeba bardzo pielęgnować.  


Widzisz siebie w przyszłości jako osobę będącą w stałym związku, oddającą się bardziej rodzinie niż pracy? 


Na razie jest to bardziej w sferze moich marzeń, niż rzeczywistości. Przez te lata stałem się człowiekiem - jeżeli mogę tak to określić - niebywale „prostym w obsłudze”. Nie stwarzam sobie problemów, bo nie mam na to czasu. Bycie z kimś jest naturalne, piękne i potrzebne, ale wymaga pewnych kompromisów, poświęcenia czasu i uwagi. Moje związki nie wytrzymują tej próby. Dlaczego? Bo moja praca to matka, żona i kochanka. Bardzo zaborcza w dodatku. Zabiera mi czas, emocje i siły. Dotychczas ktoś, kto chciał mieć mnie wyłącznie dla siebie nie wygrywał tej wojny z pasjami zawodowymi. Być może kiedyś się to zmieni, ale to pokaże czas...


Ale człowiek to zwierzę stadne, takie jest założenie natury ludzkiej... 


Ale ja cały czas jestem w stadzie! W domu szukam jednak spokoju i oderwania od codzienności. Kiedy wracam z pracy, jedynymi rzeczami jakie jestem w stanie znieść są cisza i muzyka. A jeszcze jakby ktoś mi zaczął gderać... (śmiech). Jestem typowym strzelcem - kocham wolność, nie mogę być ograniczany w żadnym stopniu. Jak tylko czuję nad sobą trochę pręgierza...  


Jesteś osobą, której nazwisko zna większość Polaków. Na stronie internetowej znanipolacy.pl zajmujesz 46 miejsce na 216...


Chyba żartujesz??! 


Nie…


Kiedyś pewien mój znajomy próbował mi uświadomić, że ludzie na ulicy bardzo bacznie mi się przyglądają. W ogóle nie wiedziałem, o co mu chodzi. Słowo! Nigdy w życiu nie zabiegałem o to, by być osobą popularną. Moje nazwisko wystarcza mi w zupełności. To ono jest moją wizytówką. Nie brałem i nie zamierzam brać udziału w wyścigu po sławę. To tylko bardzo mały element, który towarzyszy uprawianiu mojego zawodu.


Masz menadżera? 


Nie. Uważam, że jeszcze do tego nie dorosłem i to wcale nie jest fałszywa skromność. Nawet stronę internetową mam dopiero od miesiąca i nie jest jeszcze w pełni skończona. Często słyszę argument: „Bo ty odniosłeś sukces". Jaki sukces? Jestem tylko pasjonatem, który ma wielką satysfakcję z tego, co w życiu robi. Człowiekiem, który oprócz miłych słów uznania bierze na barki również słowa krytyki. Moja praca polega na służbie ludziom, bo fryzjerstwo i stylistyka to przede wszystkim usługa. Spotkało mnie w życiu wiele porażek, a mimo to idę do przodu i uśmiecham się do ludzi, nie chcąc nic w zamian.   


Rozmawiała Magdalena Błaszczak 


Atelier fryzjerskie Leszka Czajki:

Ul. Nowogrodzka 18/1 Warszawa
(22) 621 58 21


Ul. Solec 22 Warszawa
(22) 522 22 44 

www.leszekczajka.com

Wersja do druku Do góry

reklama

Polecane produkty

Zdjęcie produktu

Lift up – lotion do modelowania suszarką (+packshot)

Profesjonalna formuła z Pantenolem i filtrem UV.

pełny opis »



baner